Niemożliwe nie istnieje. Rzymska przygoda Patryka

Patryk Ogonowski, mieszkaniec Kłody, wziął udział w maratonie w Rzymie po zaledwie trzymiesięcznym przygotowaniu. Teoretycznie wydaje się to niemożliwe. W praktyce okazało się, że można to osiągnąć dzięki samozaparciu i konsekwencji w dążeniu do celu.

IMG_20160410_131338(1)

Podjęcie wyzwania

Patryk Ogonowski wrócił do sportu po kilku latach przerwy. Motywacją była bliska koleżanka, która brała czynny udział w biegowych imprezach, m.in. w Biegu Niepodległości. W grudniu Patryk postanowił skontaktować się z biegaczem – weteranem, którego poprosił o stworzenie planu treningowego. Usłyszał wtedy, że w ciągu trzech miesięcy nie da się przygotować do startu w maratonie. Nie zniechęciło to jednak przyszłego biegacza, tylko jeszcze bardziej zmotywowało do działania.

Nieoczekiwana pomoc

Pomoc przyszła nieoczekiwanie. Nadzieję Patrykowi dał jego były fan z CS’a, który zasłynął jako zawodowy biegacz (na 15 tysięcy osób, biorących udział w Biegu Niepodległości był w pierwszej setce). Jego wsparcie pozwoliło przyszłemu maratończykowi przygotować się do zawodów. Patryk otrzymał od niego wskazówki, co do treningów. Musiał przejść na zdrowy tryb życia i zastosować odpowiednią dietę.
– Treningi były intensywne. Ćwiczyłem pięć razy w tygodniu po dwie godziny. Miałem różne plany treningowe, pomysły na rozruch i rozgrzewkę – wspomina.
Ze względu na to, że Patryk wrócił do treningów po czterech latach, istniało zagrożenie kontuzjami. Na szczęście udało im się zapobiec dzięki rozciąganiu, rozmasowywaniu mięśni i stosowaniu odpowiedniej diety.

Kryzys przed wyjazdem

Tuż przed samym startem w Maratonie Patryk zaczął mieć wątpliwości, co do całego przedsięwzięcia. Pojawiły się obawy, czy da radę.
– Przed wyjazdem planowałem zrobić trzy treningi. Dystanse, które miałem zrobić, były od trzech do sześciu kilometrów, jednak pojawiły się problemy. Nie udało mi się ich przebiec. Wymiękłem po dwóch kilometrach.
Wtedy zawodnik stwierdził, że sobie nie poradzi. Kryzys jednak został szybko zażegnany, głównie dzięki wsparciu bliskich.
– Czułem, że nie mogę ich zawieść – mówi Patryk.
Dzięki zachowaniu spokoju, cierpliwości, pomocy masażysty i pozytywnemu nastawieniu wróciła motywacja do startu.

Dzień przed Maratonem

Dzień przed wyjazdem Patryk Ogonowski zaczął przygotowywać się do wylotu. Odczuwał strach, głównie z uwagi na przelot samolotem. Spakował się i pojechał do Wrocławia. O 12 był wylot do Rome Ciampino, skąd miał udać się do bazy startowej i miejsca zakwaterowania.

Patryk zdecydował się lecieć sam, bez kibiców. Początkowo chciał zabrać dziadka, jednak ze względu na stan zdrowia mężczyzna nie mógł mu towarzyszyć. Podróż nie była samotna. Już w samolocie spotkał Polaków, którzy… czynnie brali udział w takich biegach. W samym Rzymie byli już po raz trzeci. Wspólnie udali się do hali, gdzie mogli odebrać pakiety startowe.
– Udaliśmy się tam prosto z lotniska. Najpierw autobusem, potem jechaliśmy metrem.
Pogoda była pochmurna, ale nie padało. Gdy dojechali do obozu, od razu można było stwierdzić, że są w odpowiednim miejscu. Patryk odebrał pakiet i razem z nowymi znajomymi powłóczył się po boksach z ciuchami i odżywkami. Później udali się na wspólną kolację i ich drogi się rozeszły.
Patryk udał się do hotelu i po dość wyczerpującej przeprawie, mógł się w nim zaaklimatyzować.

Dzień zawodów

Następnego dnia już były zawody. Patryk wspomina, że nie przespał nocy przed zawodami. Nie, nie przez nerwy, ale… przez ciągły jęk ptaków, które nie chciały uciec z okna, mimo wielokrotnego przeganiania ich.

Rano nasz zawodnik wziął szybki prysznic, ubrał się i założył reprezentacyjną koszulkę z logami bliskich, którzy pomogli mu wziąć udział w Maratonie. Następnie udał się na start. Miał aż 7,5 km do celu, a komunikacja tego dnia była utrudniona. Na szczęście po raz kolejny los uśmiechnął się do mieszkańca naszej gminy.
– Wychodząc z hotelu, spotkałem chłopaka w koszulce maratonu. Razem z dziewczyną również podążali w kierunku startu. Poczekałem z nimi na taksówkę i wspólnie dojechaliśmy na Plac Wenecki, gdzie można było zostawić bagaż podręczny. Udaliśmy się na START do sektora, z którego startowaliśmy.

Patryk startował z grupą D (osoby zostały podzielone według wyniku w poprzednim maratonie), ponieważ był to jego pierwszy start.

Wyczekiwany bieg

Rzym tętnił. Trasa ogrodzona była barierkami, choć były miejsca, gdzie kibice i mieszkańcy mogli swobodnie przechodzić. Mnóstwo ludzi towarzyszyło zawodnikom. Pojawiły się też służby policyjne, panujące nad bezpieczeństwem imprezy.

Na trasie ustawione były miejsca z owocami (pomarańcze, banany), rodzynkami, cukrem i ciasteczkami oraz napojami: wodą i izotonikami. Oprócz tego były punkty, gdzie można było się schłodzić, a także toalety. Co kilka kilometrów spotkały się orkiestry, dj-ów, więc biegaczom praktycznie cały czas towarzyszyła muzyka.

Towarzysz niedoli

– Na piątym kilometrze zauważyłem wysokiego chłopaka z flagą Polski. Okazało się, że jest z Grudziądza. Zadałem pytanie, na jaki czas biegnie. Odpowiedział, że trzy godziny i trzydzieści minut. Postanowiłem przebiec z nim całą trasę.
Zawodnik był z grupy C i był to jego dziewiąty maraton. Podczas wspólnego biegu motywował Patryka i obserwował jego ruchy.
– Po dwudziestym pierwszym kilometrze wszedłem w nieznane. Nigdy wcześniej nie przekroczyłem takiego dystansu – opowiada zawodnik z Kłody.

Kryzys

Na 33 kilometrze Patryk postanowił zrobić małą przerwę na toaletę. Po wejściu do Toi-toia poczuł silny ból prawego kolana. Zastanawiał się, czy nie zrezygnować, ale nie chciał zawieść swoich kibiców. Zacisnął pięści i ruszył dalej. Podczas marszu towarzyszył mu ból, który odpuścił dopiero po kilkunastu metrach. Później jeszcze kilkakrotnie zdarzały się takie sytuacje, ale nasz zawodnik nie poddał się.

W końcu meta!

Motywująco działał widok ludzi, którzy szli. Patryk postanowił nie dopuścić, by do mety dojść pieszo. Przy samym końcu było dużo kibiców. Także widok mety zmotywował biegacza, który planował pokonać trasę w mniej niż 4 h. Na mecie poczuł ogromną radość i popłakał się ze wzruszenia. Był dumny, ponieważ osiągnął wyznaczony przez siebie cel.

Patryk zakończył bieg z czasem 3:56:56, czyli udało mu się osiągnąć zamierzony cel po zaledwie trzech miesiącach przygotowań.

IMG_20160409_175513

IMG_20160409_175504

Po maratonie – wielkie ucztowanie

Ukończenie maratonu to ogromny sukces mieszkańca naszej gminy. Po zawodach Patryk postanowił uczcić osiągnięcie swojego celu. W końcu, po kilku miesiącach, mógł napić się zimnego piwka, które miało smak zwycięstwa. Wieczór zakończył się w blasku chwały. Nowo poznani ludzie oblali z nim jego sukces, gratulowali mu i robili sobie z nim zdjęcia. 🙂

Następnego dnia Patryk wybrał się na spacer po Rzymie i natknął się na swoich towarzyszy w samolotu. Gdy pochwalił im się swoim wynikiem, byli w szoku, ponieważ ich czasy były dużo wyższe.

Maratończyk z Kłody kupił dwa wina (dla rodziców i siostry), ale zapomniał, że w samolocie można przetransportować jedynie 10 ml płynów. Dlatego postanowił je komuś wydać. Niestety, nie było to takie proste. Artysta z Berlina, któremu chciał przekaz wino, również czekał na samolot. Ostatecznie wypił je w towarzystwie swoich towarzyszy podróży, którzy również wracali do domu. We Wrocławiu Patryka przywitali znajomi, którzy już słyszeli o jego sukcesie.

IMG_20160408_224908

Jakie plany ma Patryk na najbliższy czas?

Patryk, póki co, planuje skupić się na pracy, nauce i przygotowaniu do Mistrzostw Polski w CS’ie (planuje przygotować się, również w ciągu trzech miesięcy i stanąć na podium). Poza tym propozycję od Burmistrza, by wziąć udział w 24-godzinnym biegu sztafetowym w Rawiczu. Co do startów w maratonach, marzy mu się Boston, ale to kwestia czasu.

IMG_20160408_224557

Podziękowania dla Gmina Rydzyna, 4lan, Transformers, Robmix, Agodesign i Rób rzeczy, których wsparcie pomogło Patrykowi w realizacji marzenia.

Gratulujemy pasji i trzymamy kciuki za dalsze sukcesy.

K.Zmysłowska

Jedna myśl nt. „Niemożliwe nie istnieje. Rzymska przygoda Patryka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*