Kreatywny czas pandemii. Twórczość uczniów z Dąbcza

Kreatywny czas pandemii. Twórczość uczniów z Dąbcza

Okres pandemii pozwolił na zapanowanie nad pędem codzienności, dał czas do przemyśleń oraz pobudził kreatywność. Małgorzata Klak oraz Dawid Grygier, siódmoklasiści ze Szkoły Podstawowej w Dąbczu, dali się porwać fantazji i korzystając ze wskazówek Jacka Ptaszyńskiego – nauczyciela języka angielskiego – napisali opowiadania w polskiej oraz angielskiej wersji językowej. Jedynym elementem ograniczającym autorów było nawiązanie do obrazka.

“World”
Written by Małgorzata Klak

It was 7 years before I came up on this planet. Every being lived on their own star – planet in the Universe – and when it died, the star, as it became useless, exploded. How was new life formed? Magic of creation is unexplainable. One day I was sent to an unknown for me globe because I was considered dead, which wasn’t true. I remember dazzlingly light and a sound of a massive explosion. I didn’t know what happened with me later. I woke up lying in a totally different place.
I quickly accepted the ensuing situation and started considering this planet as my new home. I lived here nervelessly and I was completely free. I walked around the foggy world and admired it. There was only me… and fish. (it was a little bit strange, I didn’t know how they came here. Maybe the same way like me…)
Everything around was perfect, flawless. There were lots of meadows there, full of various vegetation, where it was always warm and subtle wind danced in the hair. Streams of crystal clear water, rustling quietly like the most beautiful music, flowed across the meadows. There I felt wonderful smell of grass and field flowers which you could use to weave coronets. There were mountains too. At the foot of them snow-capped trees blew in the gale. When you walked there you could feel frost nipping your ears. I loved to rest on golden, sandy beaches, where in the cold evenings you could watch the sun hiding in waves of the sea. Endless strip of blue sky and white clouds unfolded over me, from where it sometimes rained giving life to all plants. I named it “Heaven”. I wanted to get there but I didn’t know how to do it.
One evening, while I was fishing, something touched my heart. It was an unknown feeling for me so far. I called it loneliness. I decided to bring over other residents of the Universe, who like me 7 years ago, had their own stars-planets. I haven’t done it before because lack of contact with anybody hasn’t bothered me. I did it next day.
It turned out to be a bad idea. The beings that I brought over didn’t see me and they were wild. Living on the same planet with others was for them and me something completely new. We have never shared a piece of land with anybody. Every new resident of this perfect world felt free. Too free. The rule “your freedom ends where others’ begins” meant nothing to them. The situation started to be dangerous. The beings limited each other by their own egoism. They couldn’t notice beauty of what was around them, like I did. They started destroying everything. They burrowed all meadows to find resources. They cut all trees to have wood. They built lots of houses to isolate from others and picked all the flowers to decorate them. Was it necessary? Beautiful world was gone, there almost weren’t any plants. Because of the scale of destruction, beings had to start wearing masks. Lands which haven’t belonged to anybody yet were covered with dark dust. Because of all changes nothing was like before. It rained more and more seldom and icy gale blew over once meadows. In the mountains it was excruciatingly sweltering, what all the beings called hellish heat. What was left from the flawless times was the unreachable for anyone blue sky. One race of the residents of this completely destroyed world called people, believed that after death some part of a person goes to one of two places. To one of the cirrus clouds where it must to be pleasant because nobody has changed there anything. Everything was like at the beginning. Or underground for endless tortures. This place (considered as uncomfortable as the mountains) was called Hell.
I’m not in this world anymore. After a long time spent on this planet, my lifetime was over. I am between heaven and hell and I’m anxiously looking at what’s happening on the planet that I once loved so much, and which I miss after all. I can’t do anything myself but under my influence good people try to make the world right and restore peace and harmony so that everyone can feel the same like me in the first days of my life on this land. Freedom is really important and precious but you mustn’t confuse it with egoism. Good advice – remember, nobody will give you freedom if you don’t find it in your mind.

„Świat”
Małgorzata Klak

To było 7 lat przed pojawieniem się mnie na tej planecie. Każda istota żyła na swojej własnej gwieździe – planecie we Wszechświecie, a gdy umarła, gwiazda, jako że była już bezużyteczna, eksplodowała. Skąd brały się wtedy nowe istnienia? Magia stworzenia jest niewytłumaczalna. Pewnego dnia zostałam zesłana na nieznany mi dotąd glob, ponieważ uznano mnie nieżywą, co nie było prawdą. Pamiętam oślepiająco jasne światło i ogromny huk wybuchu. Nie wiem co działo się ze mną dalej. Obudziłam się, leżąc w zupełnie obcym miejscu.
Szybko pogodziłam się z zaistniałą sytuacją i zaczęłam traktować tę planetę jak swój nowy dom. Żyłam sobie tu spokojnie, byłam zupełnie wolna. Chodziłam po zamglonym świecie i podziwiałam go. Byłam tu tylko ja… i ryby. (to było trochę dziwne, nie miałam pojęcia, skąd się tam wzięły. Może zostały zesłane w to miejsce tak samo jak ja…)
Wszystko dookoła było doskonałe, nieskazitelne. Było tam mnóstwo łąk pełnych rozmaitej roślinności, gdzie zawsze było ciepło, a delikatny wiatr tańczył we włosach. Przepływały przez nie strumyki krystalicznie czystej wody, szumiące spokojnie jak najpiękniejsza muzyka. Czułam rozkoszny zapach traw i polnych kwiatów, z których można było pleść wianki. Były też góry, u podnóża których powiewały na wichrze ośnieżone drzewa. Chodząc po nich czuło się jak mróz szczypie w uszy. Uwielbiałam odpoczywać na złotych, piaszczystych plażach, na których obserwowałam jak słońce chowa się gdzieś pośród morskich fal w chłodne wieczory. Nade mną roztaczał się niekończący się pas błękitu z białymi kłębkami, z których czasami padał potrzebny roślinom deszcz. Nazwałam go Niebem. Chciałam się tam dostać, jednak nie wiedziałam jak to zrobić.
Pewnego wieczoru, łowiąc ryby, które stanowiły moją kolację, coś chwyciło mnie za serce. Było to nieznane mi dotąd uczucie. Nazwałam je „samotnością”. Postanowiłam sprowadzić tu mieszkańców wszechświata, którzy tak jak ja siedem lat temu, mieli swoje własne gwiazdy – planety. Nie uczyniłam tego wcześniej, bo dotąd nie przeszkadzał mi brak kontaktu z kimkolwiek. Zrobiłam to nazajutrz.
Okazało się, że to był zły pomysł. Sprowadzone istoty mnie nie zauważały i były dzikie. Życie na jednej planecie z innymi było dla nich, jak i dla mnie czymś zupełnie nowym. Nigdy nie dzieliliśmy z nikim kawałka gruntu. Każdy z nowych mieszkańców tej idealnej krainy czuł się wolny. Zbyt wolny. Zasada „twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego” nic dla nich nie znaczyła. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Istoty ograniczały się wzajemnie przez własny egoizm. Nie potrafiły dostrzec piękna tego, co ich otacza tak, jak zrobiłam to ja. Zaczęli wszystko niszczyć. Przekopali każdą z łąk w poszukiwaniu surowców. Wycięli każde drzewo, aby pozyskać drewno. Zbudowali mnóstwo domów, w których izolowali się od innych oraz zerwali każdy kwiat, aby je przyozdobić. Czy to wszystko było konieczne? Piękny świat zniknął, niemal wcale nie było roślin. Doszło do tego, że przez ogrom zniszczeń istoty musiały zacząć nosić maski na twarzach. Tereny, których jeszcze nikt sobie nie przywłaszczył pokrywał ciemny pył. Przez wszystkie dokonane zmiany nic nie było jak dawniej. Deszcz padał coraz rzadziej, nad niegdyś łąkami dął lodowaty wicher. W górach było nieznośnie skwarno, co każda z istot nazywała piekielnym gorącem. Tym co zostało z czasów nieskazitelności był niedostępny dla nikogo błękit nieba. Jedna z ras mieszkańców tego doszczętnie zniszczonego świata zwana ludźmi uważała, że po śmierci pewna cząstka człowieka zsyłana jest w jedno z dwóch miejsc. Na jedną z pierzastych chmur, gdzie przecież musi być przyjemnie, ponieważ nikt tam nic nie zmienił, wszystko było jak pierwotnie. Lub pod ziemię na wieczne męczarnie. To miejsce, uważane za tak nieprzyjemne jak górski skwar, nazwano Piekłem.
Mnie nie ma już na tym świecie. Po długim czasie spędzonym na tej planecie mój żywot dobiegł końca. Jestem pomiędzy Niebem a Piekłem i z niepokojem patrzę na to, co dzieje się na niegdyś tak kochanej przeze mnie planecie, do której mimo wszystko mi tęskno. Sama nie mogę nic zrobić, ale to pod moim wpływem dobrzy ludzie próbują naprawiać świat i przywrócić w nim spokój i harmonię, aby każdy mógł czuć to co ja w pierwszych dniach mojego życia w tej krainie. Wolność jest bardzo ważną i cenną rzeczą, jednak nie należy pomylić jej z egoizmem. Dobra rada – pamiętaj, nikt nie da ci wolności, jeśli nie znajdziesz jej w swoim umyśle.

“Chosen”
Written by Dawid Grygier

20 years after the great outbreak of the virus created in TSGL (Totally Secret Government Laboratory) called “Covid-20”, the virus has spread through respiratory droplets. It has turned humans into walking corpses. Not many survived, because the virus is very contagious. The rich were hiding in their secret underground bunkers, while the poor were cramped into governmental vaults which weren’t very protected, some got raided and destroyed. Some countries were destroyed by the virus, not even a single living person has survived, like in most African countries. TSGL is still functioning underground working on the vaccine for Covid-20. Looking for humans immune to the virus the scientists from the laboratory created thousands of children. Throughout the years they were subjected to various tests. Only four boys survived.
Daniel woke up in his chamber in TSGL, another day of testing awaited him. Daniel was a 19-year-old white male who was created in the lab as a cure for the virus. His blood cells were able to destroy the virus, but it worked only on white people. That’s why expect him there were three other people Youngmin who was Asian, Martin who was Latino and Tom an Afro-American.
A nurse came to him like any other day.
– Hello Daniel, how are you today? – Asked the nurse.
– I’m good, a bit sleepy though. – Daniel answered.
– That’s good, here are your pills and a glass of water to drink them up with – She said as she handed him a tray with some pills and a glass of water.
Daniel took the pills, drinking them down up with water.
– Bye Daniel, I must still visit Youngmin, Tom and Martin – She said happily as she was leaving.
The nurse went to the other three and did the same things she did with Daniel. Daniel got out of the chamber and went to the cafeteria for breakfast. He met Tom on his way there.
– Oh, hi Tom – Said Daniel.
– Hello Daniel – Tom replied.
– This place is so awful, days and days of testing, I’m sick of this, I wish we could get out of this hole – Angrily blasted out Daniel.
– I do too, maybe we can try to break out? – Proposed Tom – Let’s meet up at 8.40 pm tomorrow in the hallway on floor 9. Not a lot of people go there, and the cameras are broken as well – Added Tom.
– Ok I’ll tell the rest about it, see you later! I must go for blood donation – Said Daniel as he walked away.
– Ok I have a couple of hours long, exhausting physical test. They want to check my endurance. Bye! – Blurted out Tom.
Daniel went to the clinic, a cold, white room with a chair in the middle. There they donate blood three times a week. Daniel hates it. For doctors the most important was the amount of blood from which they can make a cure. After the donation he felt like he had only a few drops of blood left. He didn’t have the strength to go back to his chamber on his own that’s why the nurse took him there on a wheelchair. Laying in his bed he was thinking of tomorrow if they manage to escape.
The next day at 8.40 pm everybody gathered in the exact location. Each of them felt differently about it.
– Daniel, I don’t think it’s a good idea – Said sacredly Youngmin.
– Youngmin, up to this point we couldn’t make our decision about our lives, this is the time for us to make our own moves. – Daniel attempted to convince Youngmin.
– Daniel’s right, this is the time we make our move! – Added Martin.
– Maybe we can try to go out through the sewers? – Asked Tom.
– No, the sewers probably lead straight into some ocean or off a cliff – Answered Daniel.
– Umm… Maybe we can dig out? – Proposed Youngmin.
– Are you stupid? This place has iron walls, haven’t you noticed? – Said angrily Daniel.
– Well we know it’s impossible for us to get out on our own, we need help from somebody that works here – Concluded Martin.
They were lucky because a nurse who really liked the boys heard their scheming.
– Oh you poor boys, you’re all like sons to me, I can’t stand as your life goes to waste in this laboratory. I’ll help you, it may cost me everything but I’m ready to take this risk – Quickly said the nurse.
– Really? Will you do this for us? If so, we’ll never forget what you’ve done for us – Said Daniel.
– Really, I’ll do it – Said the nurse – The access code to the higher-level doors is 56q456, I’ll distract the security guard who looks at the cameras while you escape. You need to find a pole saying 85 Downing Street, my brother David lives there, he’ll help you. Tell him Laura sent you. Oh, also take these masks, you may be immune but TSGL hunters will go after you, so you need to blend in with the others – she said.
They waited until night to escape. The nurse went and distracted the guard while the four of them got inside the elevator and went to the highest floor, floor 0. They opened the massive doors using the code from the nurse. When the doors were open enough for them to sneak out, they did it and they ran with all their might towards a lake because Tom stated that if they swim through the lake they’ll leave less tracks. They set up a camp far away from TSGL in a forest behind the lake. They made makeshift tools and a hut from rocks, sticks and leaves. They spent the next few days exploring hoping to find other survivors. One night they heard some noises in the distance. They understood that they’re not safe because the hunters were right behind them, so they left in a hurry. They made it to an abandoned city in which with their own eyes they could see what the virus did to humans. They met hundreds of infected wandering the streets. When roaming through the city they saw a little boy hidden behind the car, he looked scared. Daniel couldn’t leave him alone, so he walked over to him.
– Hey, don’t be scared. I’m Daniel, what’s your name and what are you doing here alone? – Daniel asked calmly.
– My name’s Adam, my mom went out three days ago to find food, but she didn’t come back – The boy answered.
– Oh no, don’t you think that Adam’s mom got infected? – Daniel asked his friends.
– I think you’re right, what should we do now? – Said worried Martin.
– We can’t just leave him here to die, let’s take him with us – remarked Daniel.
After around ten days they finally found the pole with the right address, a human camp was next to it.
– Who are you?! – Asked a survivor from the camp most probably the leader.
– I’m Daniel, the four behind me are Tom, Youngmin, Martin and the little boy is Adam. We’ve escaped from a bunker; we were trapped there for our entire lives – Answered Daniel.
– I’m David, I’m the leader of this camp, I take care of everything here.
– David, your sister Laura sent us, she said you’ll help us – Said Daniel.
– If that’s what my sister wanted, I’ll help you. You can stay here for as long as you want, we have food and drinkable water, TSGL doesn’t come around here, they’re scared of the infected – Said David.
– That’s good, we won’t cause any trouble for you or any other survivors – Said Daniel as they headed towards the tents to rest
The next few days were peaceful. They lived in harmony, everybody helped each other. One night Daniel took a fishing rod, his gas mask and went fishing at the lake. He wondered what would tomorrow bring him, but he concluded that whatever it would be, he’d be ready for it, because he knew he made the right choice.


„Wybrani”
Dawid Grygier

20 lat po wielkim wybuchu wirusa stworzonego w TSLR (Totalnie Sekretnym Laboratorium Rządowym) nazywanego „Covid-20”, wirusa rozprzestrzeniającego się drogą kropelkową. Zamieniał on ludzi w chodzące zwłoki. Niewielu przeżyło, ponieważ wirus jest bardzo zaraźliwy. Bogaci chowali się w swoich sekretnych podziemnych bunkrach, gdy biedni byli wpychani w rządowe krypty, które nie były dość zabezpieczone, niektóre zostały najechane i zniszczone. Niektóre kraje zostały zniszczone przez wirusa, nie przeżyła ani jedna osoba, jak w większości krajów Afrykańskich. TSLR nadal funkcjonowało, ukryli się pod ziemią pracując nad wynalezieniem szczepionki przeciwko Covid-20. Lekarze z laboratorium stworzyli tysiące dzieci, szukając ludzi odpornych na wirusa. Przez lata byli poddawani różnym testom. Tylko czterech chłopców przeżyło.
Daniel obudził się w swojej komorze w TSLR, czekał go następny dzień testów. Daniel był 19-letnim białym mężczyzną, który został stworzony w laboratorium jako lek na wirusa. Jego krwinki były w stanie zniszczyć wirusa, ale działał tylko na ludzi białych. Właśnie dlatego oprócz niego były jeszcze trzy inne osoby: Youngmin, który jest Azjatą, Martin, który jest Latynosem i Tom, Afro-Amerykanin.
Do Daniela przyszła pielęgniarka, jak każdego dnia.
– Dzień dobry Daniel jak się czujesz? – Zapytała pielęgniarka.
– Dobrze, choć jestem trochę senny- Odpowiedział Daniel.
– To dobrze, masz tutaj tabletki i szklankę wody, żeby je popić – Powiedziała, podając Danielowi tacę z tabletkami i wodą.
Daniel wziął tabletki i popił je wodą.
– Żegnaj Daniel, muszę jeszcze odwiedzić Youngmina, Toma i Martina – Powiedziała szczęśliwie, odchodząc.
Pielęgniarka poszła do pozostałej trójki i zrobiła to samo, co u Daniela. Daniel wyszedł ze swojej komory i poszedł do kafeterii na śniadanie, po drodze spotkał Toma.
– O, cześć, Tom.
– Witaj, Daniel.
– Ale to miejsce jest okropne, dni i dni testów, mam tego dość, chciałbym żebyśmy mogli wydostać się z tej dziury – Gniewnie wypowiedział Daniel.
– Ja też, może spróbujemy się stąd wyrwać? – Zaproponował Tom – Spotkajmy się o 8:40 jutro na korytarzu na 9. piętrze, niewielu ludzi tam chodzi, a kamery nie działają – Dodał Tom.
– Ok, powiem o tym reszcie, do zobaczenia. Muszę iść na pobranie krwi – Powiedział Daniel, kiedy odchodził.
– Dobrze, ja mam parogodzinny, męczący trening fizyczny. Chcą sprawdzić moją wytrzymałość. Pa! – Wypalił Tom.
Daniel poszedł do kliniki, zimnego, białego pomieszczenia z krzesłem na środku. Tam oni oddawali krew trzy razy w tygodniu. Daniel tego nienawidzi. Dla lekarzy najważniejsza była ilość krwi, z której mogli zrobić lek. Po oddawaniu krwi czuł się jakby zostało mu tylko parę kropel kropli krwi. Nie miał siły, żeby wrócić do własnej komory, dlatego pielęgniarka zabrała go na wózku.
Leżąc w łóżku, myślał o jutrze, czy uda im się uciec. Następnego dnia o 8:40 wszyscy zebrali się w wyznaczonym miejscu. Każdy z nich czuł się inaczej w tej sytuacji.
– Daniel, myślę że to nie jest najlepszy pomysł – Powiedział z przerażeniem Youngmin.
– Youngmin, do tego momentu nie mogliśmy decydować o własnym życiu, to czas abyśmy coś zrobili – Powiedział Daniel, próbując przekonać Youngmina.
– Daniel ma rację, to jest czas abyśmy coś zrobili – Dodał Martin.
– Może spróbujemy wyjść przez kanały? – Zapytał Tom.
– Nie, kanały najprawdopodobniej prowadzą wprost do jakiegoś morza albo na zbocze jakiegoś klifu – Odpowiedział Daniel.
– Umm… Może spróbujemy zrobić podkop? – Zaproponował Youngmin.
– Głupi jesteś? To miejsce ma ściany ze stali. Nie zauważyłeś? – Powiedział poirytowany Tom.
– A więc wiemy, że nie udam nam się wyjść na własną rękę, potrzebujemy pomocy od kogoś, kto tutaj pracuje – wywnioskował Martin.
Mieli szczęście, ponieważ pielęgniarka, która bardzo lubiła chłopców podsłuchała ich knucie.
– Oj, biedni chłopcy, wszyscy jesteście dla mnie jak synowie, nie mogę wytrzymać, jak wasze życie marnuje się w tym laboratorium. Pomogę wam, może mnie to kosztować wszystko, ale jestem gotowa podjąć to ryzyko – szybko powiedziała pielęgniarka.
– Naprawdę? Zrobisz to dla nas? Jeśli tak, to nigdy nie zapomnimy, co dla nas zrobiłaś – Powiedział Daniel.
– Naprawdę to zrobię – Powiedziała – Kod dostępu do drzwi na wyższym poziomie to 56q456. Ja rozproszę strażnika, który kontroluje kamery. Gdy uciekniecie, musicie znaleźć słup z napisem ul. Downing 85, mój brat Dawid tam mieszka, on wam pomoże. Powiedzcie mu, że przysłała was Laura. O, i zabierzcie te maski, może i jesteście odporni, ale łowcy TSLR będą was gonić, więc musicie się wtopić w tłum.
Poczekali do nocy, aby uciec, a pielęgniarka poszła i rozproszyła strażnika. Gdy ich czwórka dostała się do windy i pojechała na najwyższe piętro, piętro 0, otworzyli masywne drzwi kodem od pielęgniarki i wyślizgnęli się gdy drzwi były wystarczająco otwarte. Biegli z całych sił w kierunku jeziora, ponieważ Tom stwierdził, że jeżeli przepłyną jezioro, to zostawią mniej śladów. Rozbili obóz daleko od TSLR w lesie za jeziorem. Zrobili prowizoryczne narzędzia i szałas z kamieni, patyków i liści. Następne parę dni spędzili na wędrowaniu z nadzieją, że znajdą innych ocalałych. Pewnej nocy usłyszeli jakiś hałas w oddali i zrozumieli, że nie są bezpieczni. Ponieważ Łowcy byli za nimi, więc uciekli w pośpiechu. Dotarli do opuszczonego miasta, gdzie na własne oczy mogli zobaczyć, co wirus robi z człowiekiem. Spotkali setki zarażonych, którzy wędrowali po ulicach. Gdy przechodzili przez miasto zobaczyli małego chłopca schowanego za autem, wyglądał na przerażonego, Daniel nie mógł go zostawić samego, a więc do niego podszedł.
– Hej, nie bój się. Jestem Daniel, a ty jak się nazywasz i co tutaj robisz zupełnie sam? – powiedział spokojnie Daniel.
– Nazywam się Adam, moja mama poszła po jedzenie trzy dni temu, ale nie wróciła – odpowiedział chłopiec.
– O nie, myślicie, że mama Adama jest zarażona?- spytał się kolegów Daniel.
– Myślę, że masz rację, co teraz? – Powiedział zaniepokojony Martin.
– Nie możemy go zostawić tutaj na śmierć, zabierzmy go ze sobą – odpowiedział.
Po około dziesięciu dniach nareszcie znaleźli słup z odpowiednim adresem, obóz ludzi był obok niego.
– Kim jesteście? – zapytał ocalały, najprawdopodobniej wódz obozu.
– Jestem Daniel, ci czterej za mną to Tom, Youngmin, Martin, a ten mały chłopiec to Adam. Uciekliśmy z bunkra; byliśmy tam uwięzieni całe życie – powiedział Daniel.
– Jestem Dawid, wódz tego obozu, zajmuję się tu wszystkim.
– Dawid, twoja siostra Laura nas przysłała, powiedziała, że nam pomożesz – powiedział Daniel.
– Jeżeli tego chciała moja siostra, pomogę wam, możecie tutaj zostać jak długo chcecie, mamy jedzenie i wodę pitną. TSLR tutaj nie zagląda, boją się zarażonych – powiedział Dawid.
– To dobrze, nie będziemy sprawiać kłopotu tobie i innym ocalałym – Powiedział Daniel, udawszy się do namiotów, żeby odpocząć.
Następne dni były spokojne. Żyli w harmonii, każdy sobie pomagał. Jednej nocy Daniel wziął wędkę, swoją maskę przeciw gazową i poszedł na ryby nad jezioro. Myślał co przyniesie jutro, ale wywnioskował, że cokolwiek się stanie, to on będzie na to gotowy, ponieważ wiedział, że podjął dobrą decyzję.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

INNI CZYTALI TEŻ...

Śmiej się z kabaretem Masztalscy

Zachęcamy do obejrzenia nagrania z występu kabaretu Masztalscy który odbył się w Miejskiej Górce a nasz portal jak zawsze stanął na wysokości zadania i zarejestrował