Salutowałem Rydzowi-Śmigłemu - historia zucha z Dąbcza

Salutowałem Rydzowi-Śmigłemu - historia zucha z Dąbcza

21 maja 1939 roku do Leszna przyjechał Naczelny Wódz, marszałek Polski Edward Rydz-Śmigły, aby wręczyć sztandar 17 Pułkowi Ułanów. Jednym z uczestników tego wydarzenia był wówczas 7-letni zuch Mieczysław Krauze z Dąbcza, który maszerował na czele zastępu rydzyńskich harcerzy w defiladzie, którą odbierał marszałek Rydz-Śmigły. 

Salutowałem Rydzowi-Śmigłemu – wywiad z Mieczysławem Krauze

– Przybycie 21 maja 1939 roku Naczelnego Wodza, marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego było wielkim wydarzeniem?
– Zacznę od tego, że moja przygoda z harcerstwem rozpoczęła się we wrześniu 1937 roku. Wtedy wstąpiłem do Gromady Zuchów ‘Wilczków”. Rok później złożyłem obietnicę zucha. Zostałem wyróżniony, bo przecież zuchów i harcerzy było więcej, a jednak mnie tam wysunięto, może dlatego że miałem już mundurek, więc mogłem w mundurku maszerować i prowadzić rydzyńską grupę harcerzy w defiladzie przed marszałkiem.
– Najbardziej utkwiło w Panu w pamięci?
– Kiedy przeszedłem koło trybuny na której był Rydz-Śmigły ze świtą pamiętam, to mi potem powiedziano, że wykonałem polecenie tak jak trzeba, czyli „na prawo patrz” i salutowałem. Natomiast ledwo przeszedłem to miejsce i przestałem salutować, to od razu się odwróciłem w lewo, gdzie stała moja mama. Było to dla mnie takie ważne, byłem dumny z uczestnictwa w tym wydarzeniu, a zarazem moja mama, która stała naprzeciwko trybuny mogła na mnie patrzeć.
– Co wydarzyło się po defiladzie?
– Po uroczystościach oficjalnych pojechaliśmy do rydzyńskiego zamku. Jako mały zuch zostałem przyjęty przez hufcowego, bo w Rydzynie był Hufiec Harcerski. Przyjął nas na podwieczorku. Z tego momentu pamiętam, że szedłem do zamku, wchodziłem od strony mostu, przez olbrzymią bramę, gdzie wjeżdżały powozy i furmanki. Dlatego to bardzo pamiętam, bo tam się wywróciłem, takie mam stamtąd zabawne wydarzenie.
– Po kilku miesiącach od wizyty marszałka w Lesznie, 1 września 1939 roku wybucha II wojna światowa. Gdzie zastała wojna 7-letniego zucha Miecia?
– Miałem już wszystko gotowe jak trzeba do szkoły, nową torbę, podręczniki i co tylko. Płakałem, że nie mogłem iść do szkoły, tylko mamy uciekać. Nadjechały konne wozy z folwarku, drabiniaste, takie jak do żniw. Na jeden z takich wozów część dobytku zabieraliśmy i uciekliśmy z Dąbcza przez Nową Wieś, Kąkolewo, na drogę w kierunku Gostynia. Pierwsze huki pocisków, wysadzeń, działań wojennych usłyszałem w Jarocinie, przez który dalej jechaliśmy. Dotarliśmy dalej w okolice Wrześni, do folwarku Chwalibogowo. Tam spaliśmy na wozach. Tam rozstałem się z ojcem, wziął rower, który mieliśmy na wozie, pojechał w kierunku Warszawy. Wszyscy mówili, aby uciekać bo Niemcy idą, uciekać w kierunku Warszawy. Ja stamtąd z mamą i bratem tym wozem drabiniastym powracaliśmy do Dąbcza. Na wozie mieliśmy kosz wiklinowy, który miał taką klapę zamykaną. Ja cały czas na tym koszu siedziałem i spałem, bo byłem maluda, a mój brat siedział obok, a ja mogłem położyć się na tym koszu. Ilekroć w swoim życiu przejeżdżaliśmy przez Wrześnię, to zawsze żonie mówiłem, że tu był nasz ostatni postój w czasie naszej tułaczki we wrześniu 1939 roku.
– Powróciliście do Dąbcza?
– Tak, po powrocie do Dąbcza jeszcze jakiś czas mieszkaliśmy w swoim domu. Kiedy Niemcy wszędzie już tu byli, to pamiętam, że grupa około 20-24 Niemców, wszyscy ubrani w mundury z opaskami ze swastyką na rękawie, szli przez wieś śpiewając piosenki. Między innymi taką, brzmiało to po polsku mniej więcej tak …czarnych brzydkich Polaków niech diabli wezmą. A sąsiadka, która stała na mostku, nie znając języka niemieckiego powiedziała „ale ładnie śpiewają”.
– Okupację niemiecką spędziliście w Dąbczu?
– Nasz dom był piętrowy. Około 5 domów dalej mieszkał Niemiec, w domu z gliny, krytym słomą. Jak przyjechali gestapowcy z Leszna, aby nas usunąć z naszego domu, dali nam 5 minut czasu na zabranie niezbędnych rzeczy. Mama wzięła pierzyny, żeby było pod czym spać. Potem Niemcy popatrzyli na ściany i krzyczeli heilige mit nehmen, że te wszystkie obrazy święte mamy zabrać ze sobą. Nadjechał samochód i przewiózł nas tam te ileś domów do tej glinianej chatki, gdzie mieszkał tamten Niemiec i byliśmy szykowani do wywiezienia do Generalnej Guberni. Dowiedział się o tym ojca przełożony w Lesznie, szef od budowy i napraw dróg. Mój ojciec był drogomistrzem, dobrze mówił po niemiecku. Do tego Niemca doszła wiadomość, że Krauzego wyrzucili i rodzinę wywiozą. Pamiętam nazwisko tego Niemca, nazywał się Braun. Poszedł na gestapo w Lesznie, ocalił nas, załatwił sprawę, że nie wywieziony zostanie Krazue, że zostanie tutaj. Braun chciał, aby ojciec nadal pracował i nadzorował wszystkie roboty, naprawy drogowe. Braun nie życzył sobie byśmy mieszkali w tej glinianej chacie, okazało się, że przed Garzynem stoi pojedynczy dom należący do zarządu dróg. Kiedyś był to dom, gdzie pobierano opłatę za przejazd do miasta.
– Nastąpił przeprowadzka do nowego domu?
– Braun załatwił samochód ciężarowy, była to czeska Tatra, z naszym dobytkiem przewieziono nas do Garzyna. Dom ten był pusty, piętrowy, dawniej mieszkał w nim drogomistrz Kowalski, którego wywieźli stamtąd Niemcy zarzucając mu jakieś przewinienia. Od tego momentu aż do końca wojny byłem w Garzynie. Do szkoły uczęszczałem w Górznie, dokąd chodziłem piechotą przez pola. Był to szkoła dla polskich dzieci, uczyła nas nie nauczycielka, tylko dziewczyna pochodząca z gospodarstwa rolnego, jak się nazywała nie wiem, ale wiem, że imię jej było Frida. I ta Frida biła nas po rękach, jak tylko usłyszała, że my w przerwie między lekcjami rozmawialiśmy po polsku. Nie wolno nam było, po niemiecku mieliśmy rozmawiać, a nie po polsku, ale co zrobić, takie były czasy. Polskie dzieci chodziły polami do szkoły w Górznie, a niemieckie dzieci drogą maszerowały do szkoły w Garzynie, nieraz jedni drugich kamieniami obrzucali. Była tak sytuacja, że zebraliśmy się i potem oni szli polami, a my dumnie jak panowie szosą do szkoły. Dopiero jak się wojna skończyła, staraliśmy się wrócić do domu w Dąbczu. Ale nie było czym, dopiero jakiś wóz się potem skombinowało i wróciliśmy do swojego domu w Dąbczu, który był zarabowany doszczętnie.
– Wróćmy do początku rozmowy, do wizyty Rydza-Śmigłego w Lesznie, czuł się Pan wyróżniony wtedy? Pozostała piękna pamiątka z tego wydarzenia.
– Pamiętam, że mi wyjaśniano jak mam prowadzić harcerzy, jak to robić, jak mam salutować, obrócić się na prawo, patrzeć gdzie jest Rydz-Śmigły. I udało się wszystko wykonać jak trzeba. A tutaj na zdjęciu, proszę spojrzeć, idę ja jako 7-letni Miecio, zuch na czele defilady rydzyńskich harcerzy przed Rydzem-Śmigłym. Jestem z tego dumny.

– Na tej fotografii, na drugim planie widać na trybunie marszałka Rydza-Śmigłego, a na czele defilady harcerzy 7-letni zuch, który spogląda w lewą stronę.
– Salutowałem Marszałkowi Rydzowi-Śmigłemu, kiedy minęliśmy trybunę szukałem wzrokiem moją mamę.
– Dziękuję za rozmowę.
/rozmawiał Maciej Gaszek/

Mieczysław Krauze urodził się 5 sierpnia 1931 roku w Dąbczu. Jego rodzicami byli Stanisław i Maria z domu Górczak. W 1938 roku rozpoczął naukę w Publicznej Szkole Powszechnej w swojej rodzinnej wsi. Druga wojna światowa przerwała mu możliwość normalnego kontynuowania nauki. Po zakończeniu działań wojennych dokończył naukę na poziomie szkoły podstawowej w Dąbczu, od 1947 do 1951 roku uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Lesznie, gdzie uzyskał świadectwo dojrzałości. Po odbyciu Państwowego Kursu Nauczycielskiego uzyskał uprawnienia do nauczania w szkołach podstawowych. Pracę zawodową rozpoczął 1 lipca 1951 roku w Szkole Podstawowej w Poniecu. W latach 1960-1969 pełnił funkcję zastępcy kierownika szkoły, potem od 1969 do 1972 roku zajął stanowisko dyrektora. Od 1 stycznia 1973 roku został powołany na stanowisko gminnego dyrektora szkół w Poniecu, pełniąc tę funkcję do czasu likwidacji zbiorczych szkół gminnych. W latach 1974-1978 odbył studia wyższe na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, w 1982 roku ukończył studia podyplomowe w zakresie organizacji i zarządzania oświatą. W 1984 roku został mianowany inspektorem oświaty i wychowania w Poniecu i po 35 latach pracy pedagogicznej przeszedł 31 sierpnia 1986 roku na emeryturę. Był działaczem społecznym w środowisku ponieckim, także w Gostyniu i województwie leszczyńskim. Od 1938 roku jest członkiem Związku Harcerstwa Polskiego, jako instruktor pełnił różne funkcje w ZHP, organizując kilkanaście akcji obozowych w Polsce i poza granicami kraju. Jest współautorem monografii „50 lat harcerstwa w Poniecu w latach 1933-1983”, w latach 60. XX wieku był członkiem Zarządu Oddziału Powiatowego Związku Nauczycielstwa Polskiego w Gostyniu. Był założycielem i wieloletnim opiekunem pierwszej w powiecie gostyńskim Spółdzielni Uczniowskiej. Za swoją pracę zawodową i społeczną otrzymał szereg odznaczeń i wyróżnień.
25 grudnia 1955 roku zawarł związek małżeński z Teresą Wujczak. Państwo Teresa i Mieczysław Krauze od 1956 roku zamieszkali przy ulicy Kościuszki w Poniecu, gdzie mieszkają do dzisiaj. Mają troje dzieci, siedmioro wnucząt i pięcioro prawnucząt.

Info: Maciej Gaszek & Mariusz Sobecki (GaSo)

źródło: gaso-gostyn.pl

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.

INNI CZYTALI TEŻ...

Zapraszamy na X Piknik Militarny

Już teraz zapraszamy w dniach 3/4 września 2022 do zamku w Rydzynie na X Piknik Militarny, Jak przystało na jubileusz, do zamku przyjedzie sprzęt ciężki,